Szarzeją na zimę,
W cieple są głębokie,
W konflikcie kłują chłodem.
Szukają zieleni, lub może fioletów,
Iskrami znaczą skórę
Po tymczasową osłodę.
Jaki to słodki aromat, gdy gniew przechodzi w automat
i czuć cierpnące palce.
Z hibernacji wychodzę z lizakiem,
Otulam się wieczornym deszczem,
do tego jeszcze
Wdycham zastałe powietrze, i -
Myślę.
Między momentami znajduję ciszę,
Miejsce i łóżko.
Choć może to za krótko?
W mijającym świecie ciężko mi
Mówić o wiośnie i zimie,
O lecie, jesieni.
Ale Twoje oczy, z matematyczną precyzją,
Brunatnieją jesienią, a szarzeją zimą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz