Pamiętam dobrze Twoją opowieść,
Pisaną martwą ciszą na brzegach powiek.
Wciąż jeszcze widzę te znaki,
Tlące się ciepło na granicy wzroku,
W bezruchu skaczę w wodospad wspomnień.
Pamiętam tę wieczorną mgłę,
Chmury płynące nad stojącą wodą,
I żwir, i drzewa, suche od upału.
Pamiętam podróż i pamiętam taniec,
Gdy śnieg pomału przestawał być ochłodą.
Wspominam wiatr, co mógł być zatraceniem,
A niósł miliony zapachów
Wśród milczącej nocy.
Te podróże w czasie kiedyś mnie wykończą.
Usnę, zmęczony nieustającym światłem,
Przeświecającym przez teraz.
Ale trudno pozbyć się wspomnień -
Nie pamiętać tego, co stało się Tobą.
Szczególnie wtedy, gdy ktoś przez przypadek,
Bawiąc się, stworzył Ci duszę.
środa, 30 stycznia 2013
sobota, 19 stycznia 2013
Live
Everyone has their own trials,
Weights hanging around their necks,
Problems, temptations brought forth
By life lived not fully awake.
One can weep through hollow nights,
Cut the flesh and break the bones,
But how come one just cannot love,
What's burning him from inside-out?
You should accept, you live only once,
Killing your chances, shattering your aims,
Flowing down this fated stream,
"Panta rei", as a deadman said.
There will always be regret,
Why would you want to stop?
Cut the body, break the mind,
Raging, swim throughout your life.
Weights hanging around their necks,
Problems, temptations brought forth
By life lived not fully awake.
One can weep through hollow nights,
Cut the flesh and break the bones,
But how come one just cannot love,
What's burning him from inside-out?
You should accept, you live only once,
Killing your chances, shattering your aims,
Flowing down this fated stream,
"Panta rei", as a deadman said.
There will always be regret,
Why would you want to stop?
Cut the body, break the mind,
Raging, swim throughout your life.
Poznać na nowo
Ponownie - ucieczka w świat smutków,
Podziałów, złych wyborów,
Kawałków papieru z zeszytu,
Krwi bez koloru płynącej.
Chwiejna dłoń na klamce leży;
Krokiem, kopnięciem w drzwi
Śmiało pójdę w głąb, dalej,
W wiatr dmący uczuć niestałych.
Poprzedzona śmiercią walka z rzeczywistością
Męczy gniewem gorzkim.
Stare uśmiechy leżą rozlane.
W wazonach wykwita nowy kolor twarzy.
Podziałów, złych wyborów,
Kawałków papieru z zeszytu,
Krwi bez koloru płynącej.
Chwiejna dłoń na klamce leży;
Krokiem, kopnięciem w drzwi
Śmiało pójdę w głąb, dalej,
W wiatr dmący uczuć niestałych.
Poprzedzona śmiercią walka z rzeczywistością
Męczy gniewem gorzkim.
Stare uśmiechy leżą rozlane.
W wazonach wykwita nowy kolor twarzy.
wtorek, 15 stycznia 2013
Obraz
Spiralne schody kręcą się w głowie,
Secesyjne balustrady szepcą opadłymi liśćmi,
Na ścianach arrasy, czy inne gobeliny,
Szczerzą się dziurami wypalonymi przed laty,
W bazaltowym kominku ogień cicho huczy,
Wątły, bo dawno nie widział pieczeni.
Wśród marmurowych twarzy szczygieł uwił gniazdo,
Mech porósł brody, po policzkach spływa rosa.
W kamiennych głowach tyle tylko zostało,
Co ukryto w nich przed laty -
Wspomnienia i skarby,
Pamiętnik Pani Jesionu.
Secesyjne balustrady szepcą opadłymi liśćmi,
Na ścianach arrasy, czy inne gobeliny,
Szczerzą się dziurami wypalonymi przed laty,
W bazaltowym kominku ogień cicho huczy,
Wątły, bo dawno nie widział pieczeni.
Wśród marmurowych twarzy szczygieł uwił gniazdo,
Mech porósł brody, po policzkach spływa rosa.
W kamiennych głowach tyle tylko zostało,
Co ukryto w nich przed laty -
Wspomnienia i skarby,
Pamiętnik Pani Jesionu.
wtorek, 8 stycznia 2013
Inner Journey
Being alone, I thought I'd never change
How I feel my pineal gland turning inside-out.
Inner journey was never meant this way -
Shivering headaches, rusted nails in the eyes.
Maybe I've done something wrong?
Crushed and burned myself between the stars,
Flown into the darkest galactic wells,
Instead of just looking at the sky.
Maybe I've shut myself in?
Seeing how I've been disappearing,
Like a smoke, leaving only a scent and a cough
And rarely some tears.
It should have been an ecstasy,
Lotus petals flowing down a crystal stream,
Moonlit plains combed by wind,
Not a thorny mistletoe growing within.
Heart torn to pieces, mind shattered too,
Gazing inside has come as a pain.
Never at ease, never to feel safe,
Is my inner journey destined to be doomed?
How I feel my pineal gland turning inside-out.
Inner journey was never meant this way -
Shivering headaches, rusted nails in the eyes.
Maybe I've done something wrong?
Crushed and burned myself between the stars,
Flown into the darkest galactic wells,
Instead of just looking at the sky.
Maybe I've shut myself in?
Seeing how I've been disappearing,
Like a smoke, leaving only a scent and a cough
And rarely some tears.
It should have been an ecstasy,
Lotus petals flowing down a crystal stream,
Moonlit plains combed by wind,
Not a thorny mistletoe growing within.
Heart torn to pieces, mind shattered too,
Gazing inside has come as a pain.
Never at ease, never to feel safe,
Is my inner journey destined to be doomed?
niedziela, 6 stycznia 2013
Sephiroth wędrujący
W krysztale zamknięte myśli
Smutne i piękne – usłysz je!
Fasetkowa trumna czeka,
Na więcej niż szarość człowiecza,
Na oko do wieka przyłożone.
Otrzyj deszczową łzę z kryształowego lustra,
Co widzisz, księżycowa damo?
Malkuth nadano Ci imię,
A drwisz z wszelkiego stworzenia?
Czy to prawda, że szept myśli,
Niegdyś gromki głos zza nieba,
Ucichł? Czemu?
Odeszliśmy.
A matryca wciąż nas czeka,
Także podejdź, popatrz -
Spod wieka z kryształu
Prawda pomału wycieka.
Smutne i piękne – usłysz je!
Fasetkowa trumna czeka,
Na więcej niż szarość człowiecza,
Na oko do wieka przyłożone.
Otrzyj deszczową łzę z kryształowego lustra,
Co widzisz, księżycowa damo?
Malkuth nadano Ci imię,
A drwisz z wszelkiego stworzenia?
Czy to prawda, że szept myśli,
Niegdyś gromki głos zza nieba,
Ucichł? Czemu?
Odeszliśmy.
A matryca wciąż nas czeka,
Także podejdź, popatrz -
Spod wieka z kryształu
Prawda pomału wycieka.
Inni
Wśród cieni ulicznych spotykają się kroki.
Panowie ich są szarzy, otulają się mrokiem,
Oddychają ciszą wędrując pod murami.
Kroki, z oczyma iskrzącymi ogniem,
Z gołębiami i liścmi na głowie idą za Tobą,
Gotowe na każdy wschód słońca i zgaszoną latarnię.
We mgle, obecność za plecami,
Wzrok utkwiony w środek pleców,
Szepty, myśli = “Marnie skończysz!”,
W studzience nóż zostawiony.
Panowie ich są szarzy, otulają się mrokiem,
Oddychają ciszą wędrując pod murami.
Kroki, z oczyma iskrzącymi ogniem,
Z gołębiami i liścmi na głowie idą za Tobą,
Gotowe na każdy wschód słońca i zgaszoną latarnię.
We mgle, obecność za plecami,
Wzrok utkwiony w środek pleców,
Szepty, myśli = “Marnie skończysz!”,
W studzience nóż zostawiony.
Miłość
Za mrugnięciami powiek zachłanność,
Choć pozornie skrywana,
Barwi wargi karminem.
Strużka krwi, tak pociągająca,
Miesza się w winie,
W tańcu krzyczy “Całuj!”.
Dotyk lodowatych dłoni pali,
Wewnątrz ożywa ogień
I karmi się mną, karmi się życiem,
Oddaje swe ciepło gdzieś dalej.
Kiedy nadejdzie czas na coś więcej?
Na dotyk i ból, i dzikość, i szczęście?
Wszak ogień wnet zgaśnie…
Wierzysz w to zbyt mocno, by nie bać się cieni!
Jeśliś samotna, popatrz wprost na mnie
I pomyśl sekundę nad zbawieniem naszym –
Całuj mnie, kochaj, leż ze mną na ziemi,
Chwyć w dłonie – Twój będę
I nic tego nie zmieni.
Choć pozornie skrywana,
Barwi wargi karminem.
Strużka krwi, tak pociągająca,
Miesza się w winie,
W tańcu krzyczy “Całuj!”.
Dotyk lodowatych dłoni pali,
Wewnątrz ożywa ogień
I karmi się mną, karmi się życiem,
Oddaje swe ciepło gdzieś dalej.
Kiedy nadejdzie czas na coś więcej?
Na dotyk i ból, i dzikość, i szczęście?
Wszak ogień wnet zgaśnie…
Wierzysz w to zbyt mocno, by nie bać się cieni!
Jeśliś samotna, popatrz wprost na mnie
I pomyśl sekundę nad zbawieniem naszym –
Całuj mnie, kochaj, leż ze mną na ziemi,
Chwyć w dłonie – Twój będę
I nic tego nie zmieni.
Ślad
Nad trawą para unosi się sennie,
We mgle nikną i światła i cienie;
Życie zamiera na chwilę
W słodkim transie, gdzie czas płynie wolniej.
Na murze starego pałacu błyszczy ślad dłoni,
Jarzy się nieśmiało w zbyt czerwonym świetle.
Brak tutaj innych wspomnień –
Ślad marzy o jaskrawym, gwarnym metrze.
Stukot kół stalowych, jednakowych wszystkich
I szarych jak spojrzenia przechodniów,
Koi monotonią.
Wspominam marzenia,
A ślad dłoni kona.
Mgła jest zawsze głodna.
We mgle nikną i światła i cienie;
Życie zamiera na chwilę
W słodkim transie, gdzie czas płynie wolniej.
Na murze starego pałacu błyszczy ślad dłoni,
Jarzy się nieśmiało w zbyt czerwonym świetle.
Brak tutaj innych wspomnień –
Ślad marzy o jaskrawym, gwarnym metrze.
Stukot kół stalowych, jednakowych wszystkich
I szarych jak spojrzenia przechodniów,
Koi monotonią.
Wspominam marzenia,
A ślad dłoni kona.
Mgła jest zawsze głodna.
Kruk
Na przedramieniu wykwitł ptak,
Jak kwiat z płatkami ze szronu.
Przechadzając się po dłoni
Śpiewał pieśni końca.
A na zielonym niebie,
Wśród gwiazd wyskakujących z tęczy,
Ostatnie dni jasnego księżyca
Usrebrzają rosą myśli.
Ranny kruk, o wschodzie słońca,
Odciśnięty w ciele znak pali.
Bolesny tatuaż,
Pismo blizn na twarzy czasu.
Jak kwiat z płatkami ze szronu.
Przechadzając się po dłoni
Śpiewał pieśni końca.
A na zielonym niebie,
Wśród gwiazd wyskakujących z tęczy,
Ostatnie dni jasnego księżyca
Usrebrzają rosą myśli.
Ranny kruk, o wschodzie słońca,
Odciśnięty w ciele znak pali.
Bolesny tatuaż,
Pismo blizn na twarzy czasu.
Flask
Grab the bottle standing on the edge,
With shadows squirming inside,
Cage for what’s to come.
I’ll kiss your lips, black flavoured,
From midnight till amber dawn,
Waiting for the seed to grow.
She’ll shoot us and miss,
Mind blank with rage and chains,
Bliss through wine remains.
He’ll write books in alien languages,
Red ink on silver pages,
Moonlight reflected back to heart.
You’ll kneel on cold stones,
Dreaming hunters prey,
Dreaming what that one sip brought -
Burns, submission, pain and shame.
Guilty pleasure wets the floor,
Seconds pass – a desperate grasp,
Content gulped down,
Too late for choice.
With shadows squirming inside,
Cage for what’s to come.
I’ll kiss your lips, black flavoured,
From midnight till amber dawn,
Waiting for the seed to grow.
She’ll shoot us and miss,
Mind blank with rage and chains,
Bliss through wine remains.
He’ll write books in alien languages,
Red ink on silver pages,
Moonlight reflected back to heart.
You’ll kneel on cold stones,
Dreaming hunters prey,
Dreaming what that one sip brought -
Burns, submission, pain and shame.
Guilty pleasure wets the floor,
Seconds pass – a desperate grasp,
Content gulped down,
Too late for choice.
Wycieczka
W kanałach, w ciemnym lochu
Słychać szmer z oddali, w chłodnej wodzie chlupot.
Kroków? Wspomnień?
Zapomnieć – cóż to za droga,
Spaść na dno, w banałach się plątać,
Wśród tych szarych twarzy na parkiecie pląsać?
W kanałach, na stercie szarych śmieci,
Rzucona niedbałą ręką złodzieja leży błyskotka,
Błękitne oko na czarnej twarzy Pustki,
Twarzy tak odległej, lecz aż nazbyt ludzkiej.
Nie szabla w dłoni więc, lecz stokrotka
Pustce przeciwna.
To nie szał niszczenia, a ta furia przedziwna,
Pasja tworzenia, sięgania umysłu głębin.
Pamiętania wrażeń innym tak bardzo odległych,
Ujęcia w słowa, czego słowom nie dane,
Przelania na papier, czego nazwać się nie da,
Co nawet nazwy nie ma.
Poetyczna beznadzieja
Słychać szmer z oddali, w chłodnej wodzie chlupot.
Kroków? Wspomnień?
Zapomnieć – cóż to za droga,
Spaść na dno, w banałach się plątać,
Wśród tych szarych twarzy na parkiecie pląsać?
W kanałach, na stercie szarych śmieci,
Rzucona niedbałą ręką złodzieja leży błyskotka,
Błękitne oko na czarnej twarzy Pustki,
Twarzy tak odległej, lecz aż nazbyt ludzkiej.
Nie szabla w dłoni więc, lecz stokrotka
Pustce przeciwna.
To nie szał niszczenia, a ta furia przedziwna,
Pasja tworzenia, sięgania umysłu głębin.
Pamiętania wrażeń innym tak bardzo odległych,
Ujęcia w słowa, czego słowom nie dane,
Przelania na papier, czego nazwać się nie da,
Co nawet nazwy nie ma.
Poetyczna beznadzieja
Dusk
Po raz kolejny oglądam świt słońca,
Nie słuchając tykania zegarów,
Udając Pana sów i skowronków.
Pomiędzy barwami nieba
Jest taka krótka przerwa,
Co płoszy wzrok.
Uciekajuciekajuciekajuciekaj.
W mrok. Teraz.
Pomiędzy tyk i tyk,
Ciemność nachodzi na powieki.
To zwykła skłonność człowieka –
Zasnąć. Obudziwszy się z krzykiem,
Mylić wschód z zachodem,
Słuchać szumu dawnych liści.
Kruszyć sny i marzenia
W chwili przetworarzenia.
Nie słuchając tykania zegarów,
Udając Pana sów i skowronków.
Pomiędzy barwami nieba
Jest taka krótka przerwa,
Co płoszy wzrok.
Uciekajuciekajuciekajuciekaj.
W mrok. Teraz.
Pomiędzy tyk i tyk,
Ciemność nachodzi na powieki.
To zwykła skłonność człowieka –
Zasnąć. Obudziwszy się z krzykiem,
Mylić wschód z zachodem,
Słuchać szumu dawnych liści.
Kruszyć sny i marzenia
W chwili przetworarzenia.
O wsadzaniu kobiety do mikrofali, żeby była jeszcze ciepła.
Dwie pszenne bułeczki
Grzeją się z cichym buczeniem,
Między grzbietem a doliną.
Mgła wodna unosi się
Nad bytem nieżywym, a poruszanym,
Duszą ciepłą, w sztywnym ciele skrytą.
Fala pienista po skórze przemyka,
Dotyka brzucha i serca, głowy i dłoni,
Wyrywane drżeniem z głębokiej toni oko
Mrugnie czasem na kogoś, kto je dotknął uprzednio,
Wyrzut ofiary.
Popatrzy złowrogo na niego.
Wszytko mi jedno,
Podgrzewam (penet) – podgrzewam (racja).
Ratuję istnienia sedno,
Ciepło i bliskość tylko dla mnie.
Odludna autokracja.
Grzeją się z cichym buczeniem,
Między grzbietem a doliną.
Mgła wodna unosi się
Nad bytem nieżywym, a poruszanym,
Duszą ciepłą, w sztywnym ciele skrytą.
Fala pienista po skórze przemyka,
Dotyka brzucha i serca, głowy i dłoni,
Wyrywane drżeniem z głębokiej toni oko
Mrugnie czasem na kogoś, kto je dotknął uprzednio,
Wyrzut ofiary.
Popatrzy złowrogo na niego.
Wszytko mi jedno,
Podgrzewam (penet) – podgrzewam (racja).
Ratuję istnienia sedno,
Ciepło i bliskość tylko dla mnie.
Odludna autokracja.
Co widać, a czego nie
Błysk w oku,
Jak złoto, czy ostrze?
Wzrok na, i przez, i za,
Krzyk kryje myśli mroczne.
W spokoju cisza, a w ciszy słuch chwyta,
Co niedostępne dla ludzi,
Co w końcu skryje rdza.
Płatki rdzy twarde, jak krew zmieszana ze śniegiem,
Jej smak pobudza ruchy, lecz także i pogardę:
Dla życia,
Dla śmierci,
Dla szczęścia, miłości,
Dlaczego więc nie wyjdziesz z ukrycia?
Boisz się swym wrzaskiem źrenicznym,
Zabić, zranić, zawładnąć,
Ukraść światło latarni ulicznych?
Jak złoto, czy ostrze?
Wzrok na, i przez, i za,
Krzyk kryje myśli mroczne.
W spokoju cisza, a w ciszy słuch chwyta,
Co niedostępne dla ludzi,
Co w końcu skryje rdza.
Płatki rdzy twarde, jak krew zmieszana ze śniegiem,
Jej smak pobudza ruchy, lecz także i pogardę:
Dla życia,
Dla śmierci,
Dla szczęścia, miłości,
Dlaczego więc nie wyjdziesz z ukrycia?
Boisz się swym wrzaskiem źrenicznym,
Zabić, zranić, zawładnąć,
Ukraść światło latarni ulicznych?
Unwaiting
So there you are…
Where are your silver eyes?
I longed for them for such a long time.
Where have you left your feathers?
For books i guess…
But the era of ink and quills is gone!
Alone you stand on an unwinding mechanism,
Clock ticking backwards,
Schism of the souls.
The last vision I had, before you left for unknown,
Was like a bird of paradise
Bound to a tree by foreign means.
And what scared me the most,
Were your scarred hands,
Silver from tears of anger.
Where are your silver eyes?
I longed for them for such a long time.
Where have you left your feathers?
For books i guess…
But the era of ink and quills is gone!
Alone you stand on an unwinding mechanism,
Clock ticking backwards,
Schism of the souls.
The last vision I had, before you left for unknown,
Was like a bird of paradise
Bound to a tree by foreign means.
And what scared me the most,
Were your scarred hands,
Silver from tears of anger.
Lato
Burze letnie – zbyt burzliwe,
Skwarne, gwarne, hałaśliwe,
Bo wszak pot człowieczy ścieka
Po powiekach przymrużonych,
Więcej wody nam potrzeba!
Błyskawice… To dodatek!
Jak feuerwerk piękne, straszne,
Lecz niegroźne, wręcz potulne,
Czasem w drzewo jakieś trafią.
A tymczasem, pod kanapą,
Cuda, dziwy, bój się Boga!
Ktoś na kartce czarnym piórem
Napisał: “Burza jeszcze nie gotowa,
przecież widać (jak ktoś patrzy),
gdy tak huczy, grzmi i warczy,
że to zwykły pokaz jakiś.”
O atencję krzyk, psze państwa…
Tak więc burzo, proszę Ciebie,
Weź się w garść i bez zwłoki
Zagraj w niebie akt ostatni.
A my, skromnie – na wódeczkę,
Zanim brzasku promień srogi
Na podłodze każe się obudzić.
Skwarne, gwarne, hałaśliwe,
Bo wszak pot człowieczy ścieka
Po powiekach przymrużonych,
Więcej wody nam potrzeba!
Błyskawice… To dodatek!
Jak feuerwerk piękne, straszne,
Lecz niegroźne, wręcz potulne,
Czasem w drzewo jakieś trafią.
A tymczasem, pod kanapą,
Cuda, dziwy, bój się Boga!
Ktoś na kartce czarnym piórem
Napisał: “Burza jeszcze nie gotowa,
przecież widać (jak ktoś patrzy),
gdy tak huczy, grzmi i warczy,
że to zwykły pokaz jakiś.”
O atencję krzyk, psze państwa…
Tak więc burzo, proszę Ciebie,
Weź się w garść i bez zwłoki
Zagraj w niebie akt ostatni.
A my, skromnie – na wódeczkę,
Zanim brzasku promień srogi
Na podłodze każe się obudzić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)